Wolfgang Reder, według Piotra Gladosa

Last edited on: March 3, 2026

Kolaże

Tuż po śmierci Wolfganga tych jego katalogów z wydrukami i wycinkami zdjęć nikt nie chciał wziąć. Na stypie odbyła się wstępna rozmowa, co kto ewentualnie chciałby odziedziczyć. Wszyscy rzucili się na sztukę i na kostiumy, a tych albumów jakby się przestraszyli. Jak zaczęli je oglądać, to jeden drugiemu mówił, „Weź ty.” „Nie, ty to weź.” Odbyliśmy długą rozmowę. Co z nimi robimy? Czy mamy je wszystkie spalić? Rozdać jako prezenty? Wolfgang wydał tyle pieniędzy na te magazyny. Byliśmy razem 10 lat, te foldery muszą mieć ponad 30 lat. Część mniejszych kolaży poginęło, pewnie pozabierali je jego goście, każdy kochanek chciał mieć kolaż dla siebie. Wolfgang umieszczał tam często zdjęcia postaci, które od nich dostawał. W poźniejszych latach, gdy zrobił kurs grafiki komputerowej, nauczył się ściągać zdjęcia na komputer i drukować je na drukarce. Po ich jakości, po ich kolorach, widać, że to nie są zdjęcia z czasopism, że to jego własne wydruki.

 

Te kolaże zaczęły się w Hamburgu. Wolfgang był u mnie z wizytą. Łaziliśmy po knajpach, gdzie leżały bezpłatne magazyny ze zdjęciami nagich mężczyzn. Wolfgang mówi do mnie, „Ty! Musimy to brać”. To tu go po raz pierwszy natchnęło, że będzie wycinał zdjęcia z gazet i robił z nich albumy. W Hamburgu były trzy sklepy Beate Uhse, bardzo dobrze zaopatrzone, był tam dział „Schwules”, gdzie można było kupić wszystkie te „przyrządy”, które teraz są dostępne w każdym sklepie. Na Lange Reihe również były dwie księgarnie. Te albumy powstały spontanicznie. Wolfgang przez jakiś czas robił kolaże, dopiero potem postanowił, że będzie je gromadził w albumach. Nie chciał ich wieszać na ścianie. Postanowił, że będziemy z nich robić książki. Przyklejał je mocnym klejem, żeby nie dało się niczego odkleić, również ze względu na siebie samego, bo ciągle zmieniał koncepcje. Ja czasami też uczestniczyłem w wycinaniu. On mnie instruował, „Tnij powoli, ostrożnie, tylko nie obetnij mi tego kutasa”.

 

Kiedy dostałem przydział na kurs z niemieckiego w Hamburgu i nie mogłem często jeździć do Wiednia, Wolfgang zlecał mi kupowanie i przysyłanie mu tych gazet. Miał do mnie zaufanie. Może „zaufanie” to zbyt dużo powiedziane. Chodziło mu po prostu o konkretne sylwetki i kutasy. Inna sprawa, że nie stać mnie było na kupowanie wielu gazet u Beate Uhse. Było tam pioruńsko drogo jak na tamte czasy i jak na naszą sytuację finansową. W Polsce byłem redaktorem naczelnym, a w Hamburgu zaczynałem od biedy. Wolfgang też nie miał pieniędzy, czasami coś od ojca dostał, ale brał niechętnie, bo uważał go za faszystę. Zawsze mu też matka coś wcisnęła, jakoś wiązał koniec z końcem. Potem zaczął zarabiać, więc kupowaliśmy te magazyny, również gdy jeździliśmy po Europie: w Paryżu, w Hiszpanii, gdzie mieszkaliśmy przez jakiś czas, we Włoszech, w Anglii. W Holandii też byliśmy raz, w Amsterdamie, ale tam bardziej interesowało nas życie nocne, a nie szukanie sklepów z pornografią. Wtedy też te magazyny były opakowane w folię, więc kupowało się w ciemno. Okładki były zazwyczaj zachęcające, ale w środku było więcej tekstu niż zdjęć.

 

W kolażach Wolfganga często pojawia się Christian, jego najbliższy przyjaciel, bardzo ważna postać w jego życiu. Christian był dla niego wsparciem psychicznym i materialnym. On rozumiał i tolerował jego wyskoki, dziwactwa i depresję. Szukał mu lekarzy. Kiedy Wolfgang był na dnie finansowym, zawsze dawał mu pieniądze na życie i na wycieczki. Christian był milionerem, miał piękną willę pod Wiedniem, gdzie często nocowaliśmy. Miał też okropną żonę i dwoje dzieci rozpuszczonych przez to bogactwo. Miał w pierwszej dzielnicy firmę, która świetnie im szła, tam też pracował jego brat. Jego żona miała sklep z ubraniami dla dzieci przy ulicy równoległej do Kärtnerstrasse, tam nieopodal oni mieszkali, mieli całe piętro, piękne olbrzymie mieszkanie. Christian i Wolfgang przyjaźnili się od lat szkolnych, jeden za drugiego by oddał życie. Christian umarł na raka trzy lata przed śmiercią Wolfganga, mimo że prowadził bardzo zdrowe życie, wygrywał wiedeńskie maratony. Jak Wolfgang poważnie zachorował, to Christian jeszcze żył, ale już miał wyrok: miał raka, leczył się w najlepszych klinikach w Monachium, była wciąż nadzieja, że, skoro jest taki wysportowany, to może jego organizm wytrzyma. Christian namawiał mnie, żebym się przeprowadził do Wiednia dla Wolfganga. Byłem jedyną osobą, która chciała i mogła  wziąć odpowiedzialność za opiekę nad nim. Wolfgang też mnie namawiał. „Zaufaj mu”, mówił. „On ma pieniądze, przeprowadzi cię, zabezpieczy finansowo na starość”. To było ważne, bo przy mojej emeryturze nie byłbym w stanie wyżyć we Wiedniu. Prowadziliśmy rozmowy o tym, aby on załatwił wszystko oficjalnie, zatrudnił mnie w swojej firmie. Szukali również dla mnie mieszkania. Znaleźli zresztą jedno bardzo ładne przy Tandelmarkt, nieopodal mieszkania Wolfganga przy Holandstrasse. No, ale Christian zmarł i na tym się te plany skończyły. Nie chciałem zamieszkać z Wolfgangiem. Jego mieszkanie miało 67 metrów, ale było bardzo niefunkcjonalne, przejściowe, nie było oddzielnych pokojów, nikt nie miał prywatności. Obaj byliśmy już w takim wieku, że każdy chciał mieć prywatny pokój. Do tego Wolfgang dalej „szalał”, a ja nie chciałem oglądać tych jego wszystkich przygód. Christian mu chyba zostawił jakieś pieniądze przed śmiercią, więc Wolfgang był zabezpieczony finansowo, mógł sobie pozwolić na te wszystkie kaprysy, również na kupowanie i niszczenie książek na te swoje albumy.

Początki znajomości

Poznaliśmy się w 1980 r. Wolfgang jeździł wtedy między Warszawą a dworkiem pod Siedlcami, który prowadził ze swoją żoną. Spotkaliśmy się w zabawny sposób. Właściwie zmusiła mnie do tego moja żona, Iwona. Zanim zostałem redaktorem naczelnym, prowadziłem schronisko młodzieżowe w Beskidzie Śląskim. Doprowadziłem je do międzynarodowego standardu, miałem kontakty za granicą, więc ktoś w ministerstwie postanowił, że szkoda mnie tam trzymać i zostałem przeniesiony na sekretarza redakcji „Poznaj swój kraj”, poprzedni właśnie odchodził na emeryturę. Iwona kończyła germanistykę, przenieśliśmy się do Warszawy, gdzie dostała angaż jako spikerka w telewizji. Jako że przeprowadzała wywiady z ciekawymi osobami, trafiła na kolekcję sztuki Ludwiga Zimmerera. Któregoś razu powiedziała mi, „Takiego fajnego Austriaka poznałam, musisz się z nim zapoznać”. Z racji tego, że prowadziłem dział etnograficzny w „Poznaj swój kraj”, jeździłem po twórcach ludowych, co z kolei interesowało Wolfganga, który zajmował się tym samym u Zimmerera. No i na jednym z tych wyjazdów wylądowaliśmy w łóżku. Tak to się wszystko zaczęło. Wolfgang powiedział, że nie może beze mnie żyć. Takie typowe pierdoły. Byłem jego pierwszym mężczyzną. Ja byłem żonaty i on był żonaty. Moja żona była w tym czasie na stypendium w Heidelbergu, studiowała tam germanistykę i muzykę. Chciała tam robić doktorat, zakochała się i się rozwiedliśmy. Wolfgang też chciał się rozwieść. Później czasami rozmawialiśmy o tym, skąd to się u nas nagle objawiło. Obaj byliśmy żonaci i nagle trafiliśmy na siebie. Odkryliśmy, że możemy żyć bez kobiet, ale nie bez siebie. On pomieszkiwał u mnie, ja u niego. Miałem mieszkanie przy ul. Okrzei, Wolfgang miał mieszkanie dwie ulice dalej, na 11 Listopada, dostał je po znajomości od lekarza. Namówił mnie, bym się do niego przeprowadził. Żona Wolfganga przyjeżdżała do nas na przeszpiegi, mnie znienawidziła, nastawiła negatywnie do mnie Alisię. W tym ich dworku odwiedziłem go ze dwa razy. Mieszkałem w budynku dla osób, które przyjeżdżały na kursy jeździeckie. Mogłem wchodzić do dworku tylko wtedy, gdy wyjeżdżała jego żona. Wolfgang przemycał mi jedzenie. Tam było pięknie, Wolfgang miał rękę do urządzania.

Życie w Warszawie

Wolfgang poznał Zimmerera przez Andrzeja Wajdę, który z rodziną przyjeżdżał na szkółki jeździeckie do dworku pod Siedlcami, gdzie Wolfgang, Alisia i jej matka przenieśli się z poprzedniego dworku na Mazurach, chyba trochę ze względów finansowych, a trochę z powodu odległości. Zimmerer powiedział Wolfgangowi, „Pan jest Austriakiem, ja jestem Niemcem, przyjedź Pan do mnie i zobacz, czym się zajmuję.” Wolfgang pojechał do niego z wizytą i wpadł w zachwyt: piękny dom, piętrowa willa na Saskiej Kępie, rzeźby, obrazy. Zimmerer mu zaproponował, żeby pomagał w archiwizowaniu zbiorów oraz żeby jeździł w Polskę. Zimmerer był wtedy po rozwodzie, ożenił się wkrótce z piękną modelką i przez jakiś czas podejrzewał, że Wolfgang ma z nią romans. Bardzo był zazdrosny. Potem, gdy się dowiedział, że Wolfgang jest ze mną, wszystko się uspokoiło. Żona Zimmerera bardzo mnie lubiła. Na jej prośbę Wolfgang czasami urządzał u nich kolacje, bo, jak ona często powtarzała, on gotował lepiej niż ich służąca, która miała lewe ręce do wszystkiego, a do tego nie interesowała się sztuką. Wolfgang miał taki talent, że z byle czego potrafił zrobić coś takiego, że wszyscy byli zachwyceni. Te nasze przyjęcia w mieszkaniu przy ul. 11 Listopada polegały na tym, że ja, jak to typowy kucharz, coś tam gotowałem, a zadaniem Wolfganga była aranżacja stołu, której częścią było również dodawanie czegoś wymyślnego do moich potraw, jakiejś aranżacji czy oprawy, która była do zjedzenia. I te jego „głupoty” często sprawdzały się lepiej niż moje gotowanie.

 

Dzięki Zimmererowi Wolfgang miał kontakty z innymi ambasadami. Zaczął chodzić ze mną na premiery teatralne, poza tym interesował się sztuką, chodził na wernisaże. Do tego ja miałem dojście do artystów ludowych, dzięki czemu Wolfgang poszerzał kolekcję Zimmerera, który był tym zachwycony. Wolfgang nie przyznawał się do tego, ale musiał zdawać sobie sprawę, że gdyby był Polakiem, nikt aż tak bardzo nie byłby nim uwiedziony. Dopiero w Wiedniu zdał sobie sprawę z tego, że miał w Polsce łatwe życie. Niektórzy postrzegali Wolfganga jako snoba, w czym było pewnie trochę prawdy, bo jego rodzina należała do wiedeńskiej elity, snobistycznej przez to ich bogactwo. W Polsce obracaliśmy się w kręgach niedostępnych dla przeciętnego człowieka. Za cokolwiek Wolfgang się zabrał, to wszystko mu wychodziło. Miał mnóstwo propozycji: stworzenie scenografii, budowanie kolekcji dzieł sztuki Zimmerera. Znał też wiele języków, chodził za młodu do elitarnego liceum francuskiego, w Anglii nauczył się angielskiego. Kiedy mieszkaliśmy w Polsce, nikt nie chciał uwierzyć, że nie chodził na żaden kurs językowy, tylko sam nauczył się tak dobrze mówić po polsku. Jako para się uzupełnialiśmy. Ja miałem dojścia do elitarnego środowiska w Warszawie. Dostawałem zaproszenia na wernisaże, poznawałem galerzystów, w tym Piotra Nowickiego, który miał pierwszą prywatną galerię sztuki w Warszawie najpierw w jednym z pawilonów na tyłach Nowego Światu. Ta galeria przeniosła się potem na Wierzbową, nieopodal Teatru Wielkiego.

 

Wolfgang uwielbiał psy i chciał mieszkać z psami. Jak jeszcze był z matką Alisi, wziął z ich gospodarstwa do swojego mieszkania w Warszawie sukę wilczarza, charta irlandzkiego. Miała na imię Persi. Matkę Alisi bolało to, że nie wziął kundla, tylko takiego dużego psa. Potem pojawił się problem, bo trzeba było Persi oszczenić. Musieliśmy szukać kontaktów przez ambasadę. Dostałem później w prezencie od Wolfganga sześciomiesięczne szczenię, ale zdarzyło się nieszczęście. Jednego dnia, pod moją nieobecność, szczeniak nie był na smyczy, wybiegł i wpadł po tramwaj. Byłem wtedy na wyjeździe służbowym. Przyjeżdżam, a Wolfgang upity „w trzy dupy”. Strasznie to przeżywał. Potem, kiedy już został wydalony z Polski, zostałem z Persi sam. Wolfgang chciał ją mieć w Wiedniu, ja byłem już w Niemczech, gdzie czekałem na decyzję o obywatelstwie. Był pomysł, że pojadę z nią na granicę i tam przekażę ją Wolfgangowi. Ostatecznie wybawiła nas Ania Cisło, która przetransportowała psa do dworku pod Siedlce, gdzie został do swojej śmierci. Wolfgang strasznie za nią tęsknił, to było jego oczko w głowie.

 

Zanim się poznaliśmy, miałem już działkę na Wale Miedzeszyńskim. Ojciec mojej żony był prezesem oddziałów działek ogrodniczych. Dał nam działkę za Grochowem, tam, gdzie się zaczynają te wszystkie „Wólki”. Z Wolfgangiem prawie na niej zamieszkaliśmy. Przenieśliśmy się tam z psami. Wolfgang chciał hodować szczenięta na 11 Listopada, ale było tam dla nich niebezpiecznie: drugie piętro, tramwaje na ulicy. Sześć szczeniąt wychowaliśmy na tej działce, jeździliśmy z nimi na targi hodowców. Uwielbialiśmy życie na tej działce. Tam też skupiało się nasze życie towarzyskie. Przyjeżdżali znajomi, nocowali na stryszku, który Wolfgang fajnie urządził. To było ważne w tamtych czasach, za komuny, że można tam było swobodnie rozmawiać. Wolfgang zarządził, że wybudujemy taras. Uwielbiał naturę, kochał kwiaty. Mieliśmy sklep spożywczy nieopodal, dosłownie pięć minut spacerem. Zaskarbiliśmy sobie sklepową, która zawsze nam coś pod ladą zostawiła: chleb, co rano był natychmiast wysprzedawany, myśmy nigdy nie mogli się wygrzebać na czas z domu. Wolfgang uwielbiał dzieci kwiaty, więc chodził do sklepu na bosaka i w sarongu. Ludzie patrzyli na niego jak na dziwoląga, on miał do tego długie włosy, które splatał w warkoczyk. Był stanowczy i nie przejmował się tym, jak patrzą na niego ludzie. Zazwyczaj zostawaliśmy na tej działce do późnej jesieni. Pędziliśmy tam wino, ja robiłem konfitury. Zimą Wolfgang był bardzo twórczy, dużo rysował i szkicował. Uwielbiał czytać, dostawał od Zimmerera książki i gazety. Dla niego to życie na działce było przedłużeniem pobytu w dworkach, gdzie mieszkał z żoną. Tam też latem zajmował się kwiatami, roślinami, warzywami, a zimą niby nie było co robić, bo nie było jazdy końmi, ale zawsze coś się w chałupie znalazło do zrobienia. Zostawaliśmy, dopóki się dało. Używaliśmy ogrzewania elektrycznego, no a jak już było groźnie, to uciekaliśmy do Warszawy. Wolfgang miał Ładę, przyjeżdżał od Zimmerera z Saskiej Kępy. Zresztą było niedaleko. Piechotą w dwie godziny mogliśmy dojść z Pragi czy od Zimmerera. Myśmy robili takie długie spacery. Jak Wolfgang został eksmitowany, musiałem tą działkę sprzedać.

 

W Polsce Wolfgang czuł się innym człowiekiem. On żył tą Polską. Fascynowało go życie w komunizmie, ta inność, ta bezpośredniość, te kontrasty pomiędzy opresyjnym państwem a życiem na co dzień. To, że ludzie są tak zaradni w tej biedzie, że sobie nawzajem pomagają, że się wymieniają tymi kartkami na żywność. Wolfgang nie miał do nich dostępu, ja z kolei miałem niezły, bo jako redaktor miałem swoje układy. Jakoś żyliśmy do przodu. On miał Ładę, jeździliśmy nią gdzieś pod Warszawę po karmę dla psów. Mieszkaliśmy w starej kamienicy, gdzie były stare rury i woda z kranu była niesmaczna, więc jeździliśmy też do źródła wody oligoceńskiej na Ochotę, tam ciągle staliśmy w kolejce. Do tego Wolfgang był zafascynowany robieniem i wywoływaniem zdjęć, zainstalowaliśmy w łazience ciemnię fotograficzną, przez co nie można było nigdy korzystać z wanny. Na wiele rzeczy było nas stać. Zimmerer mu dobrze płacił, do tego w obcej walucie, więc zmartwień finansowych w Polsce Wolfgang nie miał żadnych. Jeśli coś robił, to za darmo. Nie interesowało go, ile pieniędzy może dostać za zrobienie scenografii, ważniejsze było dla niego to, aby z tą pracą zaistnieć. Jak namalował dla kogoś na zamówienie obraz, to dawał go w prezencie i cieszył się, że ktoś go chce. Gdziekolwiek z nim nie poszedłem, Wolfgang był witany jak gwiazda. Ludzie się snobowali na jego wizyty. Kiedy przyjmował zaproszenie na kolację, to gospodarze ściągali całe swoje towarzystwo i się nim, „Austriakiem wariatem”, chwalili. Ich fascynowało to, co ten Austriak robi w nędznej komunie, co go do tej Polski ciągnie. A jemu po prostu przeszkadzała mentalność Wiedeńczyków. Znasz Qualtingera? To była ważna postać Wiednia, piosenkarz, tekściarz i poeta, krytycznie opisujący mentalność Wiedeńczyków. Wolfgang był nim z tego powodu zafascynowany. Jego brat miał podobne zdanie. Obaj uważali, że Austria to wiocha. Że Wiedeń czy Graz, z ich uniwersytetami, tworzą jakieś środowisko, ale cała reszta to prowincjonalna mentalność. Wolfgang był przeciwko arystokracji, konserwatywności, bogactwu, wszystkiemu, do czego przywiązany był jego ojciec. Ten z kolei uwielbiał, kiedy woziłem go moim Volvo, bo miał wtedy osobistego kierowcę. Mnie to śmieszyło, a Wolfganga bardzo denerwowało, wstydził się za ojca. Jego brat, Christian, tak samo, w tym byli zgodni. Ale jednocześnie obaj korzystali z rodzinnego bogactwa. Christian mieszkał przy Katedrze św. Stefana, w najbardziej snobistycznym miejscu miasta. Kupowali tylko w najdroższych sklepach, w których obsługiwali ich sprzedawcy w fartuszkach, krawacikach i muszkach. Wolfganga w bratu irytowała ta dwulicowość: tu Falter, tu takie postawy polityczne, a tu wystawne przyjęcia w młynie nad Neusiedlersee oraz rodzinna fabryka i sklep w Voralerberg. Wolfgang mówił, „Ja jestem taki skromny, nic nie mam, ojciec mi niczego nie podarował”. Bardzo to przeżywał, że siostra dostała domek w Paryżu na Boulevard Richard-Lenoir, brat XVI-wieczny młyn, a on nic, przez to, że się ożenił z kobietą z komunistycznego kraju. I do tego z oszustką: Wolfgang coś raz palnął, że ona niby „farbuje” konie na sprzedaż. Nie wiem dokładnie, co miał na myśli. Ale to wystarczyło, żeby ojciec się do niej uprzedził. Do tego pewnie się też bał, że jeśli będzie Wolfgangowi wysyłał pieniądze, to będzie tym samym wspierał komunę.

 

 

Kontakty towarzyskie

W Polsce i później w Hamburgu nikt nie wierzył, że jesteśmy parą. Wolfgang początkowo miał żonę, ja miałem żonę. On miał córkę, ja byłem bezdzietny. Ciągle słyszałem, „Co za dziwny związek!”. Mieszkaliśmy razem, ale Wolfgang w towarzystwie nie poruszał tego tematu. Zresztą to było środowisko artystów, więc takie rzeczy olewali. W Polsce nie znaliśmy żadnych innych gejów, poza Nowickim. To w sumie dziwne, gdy teraz o tym pomyślę. Nie było dyskotek gejowskich. W teatrze na premierach można było się zorientować po ubiorze, kto jest gejem a kto nie. W Warszawie była jedna gejowska knajpa, Ściek, przy ul. Trębackiej, w podziemiu przy Teatrze Wielkim, zanim się jeszcze pojawiły bary kawowe. Do tego lokalu schodzili się aktorzy i tancerze z teatru. To było jedyne miejsce, gdzie można było oficjalnie funkcjonować jako „gej”. Trafiłem tam przez Nowickiego, potem chodziliśmy tam z Wolfgangiem, który mógł się tam wyżywać. Nasz wspólny znajomy, który mieszka teraz w Berlinie, często do mnie dzwonił po wyjeździe Wolfganga na wspominki i on sam też nie był pewien, czy jesteśmy razem. Wiedział, że jesteśmy gejami, widzieliśmy się w tym klubie, ale o wielu rzeczach się nie mówiło. Nie było zapraszania się do domów ze strachu, że „to” wyjdzie na jaw. Były pewnie zamknięte prywatki, do których nie mieliśmy dostępu. Potem pojawiło się czasopismo „Lambda”. Kiedy znowu mogłem oficjalnie przyjeżdżać do Polski, w kioskach ruchu były do kupienia dwa czasopisma, jedno bardziej pornograficzne. Z ciekawości dziennikarskiej poszedłem na dwie premiery sztuk z akcentami gejowskimi w małych warszawskich teatrach.

 

Przyjaciele postrzegali Wolfganga jako człowieka o ogromnej charyzmie. On miał silną osobowość, potrafił wpłynąć na moją inicjatywę. Dzięki temu opuściłem Polskę. Miał umiejętność zjednywania wszystkich. Te wszystkie party, które żeśmy urządzali! W poźniejszych latach, kiedy żyliśmy osobno i mieliśmy głównie kontakt telefoniczny, opowiadał mi, jak przygotował byle co, a ludzie i tak przyszli, zjedli i świetnie się bawili. Ryż z ogórkiem, nakrojona pietruszka, do tego trochę sosu i wystarczyło. Byleby był alkohol! Na spotkaniach u niego to nie jedzenie, ale atmosfera przyciągała towarzystwo. Ludzie byli w niego zapatrzeni, chcieli mieć z nim kontakt. To była jego ogromna zaleta. Łatwo też wybaczało mu się kłótnie, rozstania, konflikty. Jedną z naszych bliskich przyjaciółek była Ninel Kos, Żydówka, która miała mieszkania na Jagiellońskiej, przy Teatrze Bagatela. Tam mieściła się rezydencja gminy żydowskiej, odbywały się tam też spotkania z podziemiem. To był punkt przerzutowy materiałów, które dostarczaliśmy i odbieraliśmy. Pewnego razu Wolfgang zaprosił Ninel do Wiednia. Ona ogromnie się ucieszyła na ten przyjazd, to była jej pierwsza wizyta w mieście. Wolfgang miał już wtedy depresję i nie pamiętam, o co dokładnie poszło, pewnie o jakiś drobiazg, ale brzydko się wobec niej zachował. Ostatecznie Wolfgang wyprosił Ninel ze swojego mieszkania, a ona musiała pójść spać do hotelu. Nie doszło nawet między nimi do burzliwej kłótni. Ona była osobą raczej do wewnątrz, bardzo refleksyjną i wybaczającą. Następnego dnia umówiliśmy się na spotkanie. Przyniosłem jej rzeczy, które zostawiła w mieszkaniu Wolfganga, no i zaczęliśmy szukać dla niej noclegu na kilka kolejnych dni. Na szczęście w dzielnicy, w której mieszkaliśmy, można było znaleźć hotele w przystępnej cenie. No i ostatecznie, do czasu jej wyjazdu, Wolfgang się z nią nie spotkał. Po jakimś czasie pojechał do niej z wizytą do Warszawy. Byłem przerażony, bo nie wiedziałem, czego się spodziewać. Mimo tej wielkiej przyjaźni, nagle było między nimi tak niespodziewanie ostro. Ale doszło do pojednania. W późniejszych latach, kiedy Wolfgang przyjeżdżał z odwiedzinami do córki, to zatrzymywał się u niej na Jagiellońskiej. Ja też odwiedzałem Ninel w Warszawie aż do jej śmierci.

 

Bardzo ważną postacią w życiorysie Wolfganga była Wanda Laskowska. Znali się bardzo długo. Któregoś razu spędziliśmy razem czas w schronisku młodzieżowym Zaolzianka w Izdebnej, niedaleko granicy z Czechosłowacją. W latach 70 byłem jego dyrektorem, później przejął je mój kolega. Często przyjeżdżaliśmy tam z Wolfgangiem, który był zachwycony tym miejscem, mieliśmy tam swój apartament. Wanda z kolei szykowała premierę w Teatrze Polskim w Bielsku Białej i potrzebowała odpoczynku, więc przyjechała spędzić z nami czas w schronisku. Wanda, starsza pani, była w Wolfgangu zakochana, uwielbiała go nad życie. Przez jakiś czas nie do końca była przekonana, że jesteśmy parą. Podczas pobytu w schronisku Wanda wpadła na pomysł zaproponowania Wolfgangowi zrobienia scenografii do spektaklu, nad którym pracowała. On się natychmiast ucieszył, że będzie mógł zrealizować jej wizję. Często chodził ze mną do teatru, gdzie naoglądał się różnych scenografii. Był też architektem, więc to nie byłoby dla niego nic trudnego. Ale tuż przed premierą nawalił i nie dostarczył projektu, a Wanda wycofała się z tej współpracy. Mimo to i tak do końca go uwielbiała. Była mu w stanie wszystko wybaczyć, wiedziała jaką on ma fantazję, jak trzeba do niego podejść. Po jego wyjeździe odkupiła część jego mebli jako pamiątkę, była zżyta z mieszkaniem na 11 Listopada. Do końca też pomagała mu rozwijać się artystycznie. Wolfgang nie chciał siedzieć tylko w kolekcjach sztuki naiwnej, sztuki ludowej. Zapoznała go z reżyserem Andrzejem Józefem Dąbrowskim, który mieszka obecnie w Nowym Jorku, do tej pory co tydzień z nim rozmawiam. On też był pedagogiem, przygotowywał studentów do egzaminów w szkołach w Warszawie. To kolejna ważna postać w życiorysie Wolfganga. Andrzej zaproponował mu współpracę scenograficzną przy spektaklu w teatrze w Grudziądzu. Niestety do tego nie doszło, bo przeszkodziła w tym Wanda Laskowska, która doniosła do teatru, że Wolfgang nie ma papierów. Między nimi była jakaś dziwna sytuacja, rywalizacja zawodowa, a do tego osobista, bo oboje uwielbiali Wolfganga. Wolfgang rzeczywiście nie miał licencji scenografa, do tego był Austriakiem. Gdyby Laskowska tego nie zrobiła, on by się mógł świetnie sprawdzić jako scenograf, co by mu mogło ustawić karierę: Zimmerera miałby na dochodne, a poprzez Laskowską i Dąbrowskiego miałby wejścia do pracy w teatrze. No, ale szybko się rozeszło, że Wolfgang nie ma papierów, to też były takie czasu, że w każdej sprawie trzeba było się prostu legitymować. Do tego w tym samym czasie zaangażowaliśmy się zbyt w „podziemie” i ostatecznie Wolfgang dostał nakaz wyjazdu z Polski.

Wyjazd z Polski

Przez cały okres mieszkania w Polsce, Wolfgang musiał co trzy miesiące jeździć do Cieszyna na granicę, aby odnawiać wizę. To była formalność: dostawał stempel i od razu wracał. Czasami jeździliśmy razem i zatrzymywaliśmy się na noc w willi mojej siostry. Wolfgang nie chciał wyjeżdżać z Polski, ale się wplątaliśmy w „podziemie”, w Solidarność. On był uczynny i bardzo pomagał podziemiu przez to, że miał łatwość przekazywania materiałów za granicę. Dostarczaliśmy informacje przez ambasadę austriacką do Wiednia, a z Wiednia to szło dalej w świat. No i tak zaczęliśmy powoli wpadać. Od pewnego momentu byliśmy śledzeni. Mnie dali spokój może dlatego, że byłem redaktorem naczelnym i nic mi nie mogli udowodnić. A Wolfgang dostał miesiąc na opuszczenie kraju.

 

Moje początki były trudne. Jako emigrant (Aussiedler), wylądowałem najpierw w obozie przesiedleńczym we Friedland, gdzie miałem być dwa tygodnie, ale mój pobyt się przedłużył. Zaczęli mnie szpiegować, robić kłopoty z dostaniem niemieckich papierów. Podejrzewali, że, jako redaktor naczelny z komunistycznego kraju, jestem szpiegiem. Włączył się wtedy nasz serdeczny przyjaciel, Niemiec, redaktor gazety, nie pamiętam której, pracował w jej warszawskiej filii. On potwierdził, że migruję dla żony: jeszcze nie byliśmy rozwiedzeni, a ona była w Niemczech na stypendium. Poddawali mnie różnym testom. Sprawdzali, czy wiem, jak przebiegają szlaki wędrownicze do górskich schronisk. Jako redaktor miałem dostęp do map wszystkich szlaków w Polsce, które generalnie były utajniane przez cenzurę. A ja wiedziałem nawet, gdzie biegnie jaka linia elektryczna. To w sumie trwało trzy tygodnie, aż ostatecznie uratował mnie ten nasz przyjaciel i dostałem obywatelstwo. A zaraz po mnie moja żona „z automatu” dostała swoje.

 

Wolfgang nie chciał wracać do Wiednia, ale przyjął tam nakaz meldunku, nie miał też za bardzo wyboru. Ja mogłem dostać stałe zameldowanie od ręki, miałem rodzinę w Norymberdze i w Monachium, ale pojawiła się opcja Hamburga. Przyszywana ciotka Wolfganga, Lotte Schmarie, która była bliską przyjaciółką matki z dzieciństwa, dowiedziała się, że Wolfgang jest zmuszony wrócić do Wiednia, którego nienawidzi, no i pewnie pomyślała, że ojciec mu nie da pieniędzy, skoro to Wolfgang „narozrabiał”. To akurat nie było prawdą, bo ojciec na pewno by mu pomógł, zresztą cała rodzina zaangażowała się w pomoc. Tak czy inaczej ciotka mieszkała w Hamburgu, w pięknej willi w dzielnicy Blankensee nad rzeką Elbą. Oboje, wraz z mężem, byli właścicielami kamienic, wynajmowali mieszkania. Jedno z nich zaproponowała Wolfgangowi: dwa małe pokoje, z ciasną kuchnią w dzielnicy Eppendorf. Wolfgang lubił Hamburg. To miasto miało wtedy zupełnie inny charakter, daleki od tego wiedeńskiego skrępowania i napuszenia. No więc postanowiliśmy, że ja zamieszkam w tym małym mieszkaniu na Eppendorfie, a Wolfgang będzie tam ze mna pomieszkiwał i spróbuje się przenieść od Hamburga na stałe. Czekaliśmy, aż zwolni się duże mieszkanie, też od Schmarie, w którym Wolfgang mógłby mieć też pracownię architektoniczną. Ale ciotka nagle zmarła, wszystko zostało sprzedane, no i ta pracownia nigdy nie powstała. Ostatecznie brat ściągnął Wolfganga do Wiednia, gdzie załatwił mu dobrą pracę w biurze architektonicznym. A ja zostałem w tym tymczasowym mieszkaniu na ponad 30 lat.

Mieszkanie w Wiedniu

Ostatecznie Wolfgang zaakceptował Wiedeń. A ja mieszkałem w obu miastach. Byłem na stałe w Hamburgu, gdzie miałem swoje mieszkanie. Tam też robiłem kursy z niemieckiego albo inne szkolenia, ale praktycznie mieszkałem w Wiedniu. Do tego jako dziennikarz dostawałem specjalne kursy dziennikarskie, musiałem dlatego wyjeżdżać do Bonn, a on tam do mnie przyjeżdżał. Często odwiedzał mnie w Hamburgu, kiedy za mna zatęsknił. Siedział wówczas u mnie czasami po kilkanaście dni, bo nie miał długo stałej pracy. Na „socjal” się nie zameldował, bo stamtąd od razu dostałby skierowanie do pracy, a nie chciał żadnej przyjąć, nic mu nie odpowiadało. On był silną osobowością, nie dało się go zmusić do czegokolwiek. Miał swoje godziny funkcjonowania. Musiał się wyspać. Zazwyczaj dopiero w nocy siadał do książek, szkicował, rysował. U Zimmerera w Warszawie to się sprawdzało, bo nie miał tam stałych godzin pracy. W pracy, którą znalazł mu brat, zaczął nieźle zarabiać, ale przez depresję wiecznie był niepunktualny i niesolidny. Nie przychodził na poranne zebrania, bo zaspał albo po prostu mu się nie chciało. Był ciągle sfrustrowany, że nikt nie docenia jego projektów, mimo że miał skończone dobre szkoły architektury w Wiedniu i Londynie. Do tego był to czas, kiedy komputery zaczęły wypierać deskę kreślarską. On nie mógł się w tym odnaleźć.

 

Wiedeńskie mieszkanie Wolfganga było niefunkcjonalne. Nie miał stołu, więc wszystko robił na podłodze, na której leżały warstwy dywanów. Przeklinał, że ciagle trzeba było je odkurzać. Nie wiem, skąd to się wzięło, ale on od dziecka był nauczony, że im więcej dywanów kładło się na podłogę, tym bardziej świadczyło to o bogactwie. Pamiętam odkurzanie w mieszkaniu jego matki, on sam nie przywiązywał do tego wagi. Jego rodzice mieli jedwabne dywany, które trzeba było odpowiednio odkurzać. Niejeden dywan zresztą sprzedaliśmy za bardzo dużo pięniędzy, matka mu je dawała, mówiła, że one by tylko stały zwinięte w workach. Chciała do tego, żeby Wolfgang miał pieniądze, wiedziała jaką wartość te dywany mają. Mieli bardzo dużo dywanów, bo ojciec fabrykant miał dobre kontakty i je sprowadzał. Wolfgang również uwielbiał szyć. Miał do tego świetną rękę i dobrej jakości maszynę do szycia. Strasznie klął, kiedy mu coś nie wychodziło. Nie daj Bóg było się wtedy do niego zbliżyć. Uwielbiał chodzić do sklepów z materiałami, zawsze tam sobie coś wyszukał. We Wiedniu nie było wówczas wielu sklepów z modą, a on potrafił sobie uszyć wszystko, co i jak chciał. Czasami jego kostiumy były ledwo dopięte i prawie nieskończone, ale idealnie nadawały się na przyjęcia. Któregoś razu Wolfgang mnie zaszokował, bo przyciął futro matki, do tego zbyt krótko. Źle wymierzył i miał w rezultacie zbyt krótkie rękawy, więc coś spróbował dosztukować. Wyglądało to komicznie. On się uparł, bo szykował się na jakieś gejowskie party. Matka była zła, jak się zorientowała, że to jej futro zniknęło. On jej mówi, „Mamo, przecież i tak już nie wychodzisz, mole ci zeżrą to futro”. Nie wiem, co by było, gdyby ona się dowiedziała, co z tym jej futrem zrobił! On się nie liczył z ubraniami. Jak sobie wymyślił, tak ciął. Podobnie z chustami kaszmirowymi, z których sobie robił kurtki.

Życie seksualne, depresja

Wolfgang miał fantazję i brak poczucia wstydu. Któregoś razu zabrał ze sobą futra matki na narty. Jeździł w nich, mówił, że się muszą przewietrzyć. Na któryś Live Ball, wczesną wiosną, szedł piechotą z Hollandstrasse, półnagi z wystającym fiutem. Przechodnie tylko przystawali i patrzyli. A ja obok niego skromnie ubrany w jakieś skrzydełka, przebrany za aniołka. Tak jak łatwo nawiązywał znajomości, tak też bez trudu znajdował sobie kochanków. Był człowiekiem otwartym, charyzmatycznym, miał szerokie horyzonty jako artysta, jako człowiek, jako Polak, bo on też na tym trochę jechał, że siedział w komunie. Był zainteresowany mężczyznami, którzy mieli w sobie coś intelektualnego, nie kierował się tylko „fiutem”. Pamiętam jeden raz w Paryżu, gdzie poderwał faceta, u którego spędził noc i który go okradł. Wolfgang od razu wszystko mu wybaczył, choć nie mieliśmy właściwie za co wracać do Wiednia. Starczyło nam pieniędzy tylko na benzynę, aby dojechać do granicy. Ważniejsze dla niego było to, że im było dobrze w łóżku. Taki on był: strasznie emocjonalny i do tego miał ogromną „chuć”. Potrzebował czasami dwa razy z rzędu się ze mną „przespać”, aby zaspokoić swoje potrzeby. Ciągle też ciągnęło go do dyskotek, gdzie zostawaliśmy do białego rana. Mnie tymi dyskotekami zamęczał, bo, mając samochód, musiałem być trzeźwy, aby on mógł sobie pozwolić na szaleństwo. Wolfgang nie potrafił wyjść z dyskoteki bez partnera. I nie było dyskoteki, żeby nie chciał się do kogoś zbliżyć. On tak miał, że w tańcu, w zaledwie kilku słowach, potrafił nawiązać kontakt. Potrzebował bliskości fizycznej, przytulał się w tańcu, co wtedy wywoływało zdziwienie. Wiedeń jest teraz zupełnie inny pod tym względem. Mieliśmy raz przezabawną sytuację, kiedy o mało co nie spowodowaliśmy wypadku. Podpici, o trzeciej nad ranem, przechodziliśmy przez most w drodze do domu. Wolfgangowi zachciało się seksu. Mówi, „zdejmij majtki, ja cię będę fikał”. Noc ciemna, żadnych przechodniów. Byliśmy oparci o barierkę, nic nam nie groziło. Ale przejeżdżał taksówkarz i tak się na nas zapatrzył, że wjechał prawie na chodnik. Wolfgang nikogo tego wieczora nie poderwał i nie mógł bez seksu wytrzymać, aż dotrzemy do domu. W poźniejszych latach mieliśmy taki układ, w sumie nie miałem wyboru, że ja byłem w jednym pokoju, a on w drugim sobie z kochankami „używał”.

 

Wolfgang był strasznie wybuchowy. Kiedyś wpadł w taki szał, że rzucił szklanką o podłogę, szklanka się rozbiła i mnie rozcięła nogę. Pamiętam do dziś, z jakiego szkła była ta szklanka. To się wydarzyło na tydzień przed naszym planowanym wyjazdem do Włoch. Moi przyjaciele z Bazylei mieli koncerty. Zaproponowali mi, abyśmy pojechali razem samochodem do Rzymu, zostawili go tam i popłynęli na wyspę Ponca, niedaleko Neapolu. Ja kiedyś pracowałem w Rzymie, byliśmy z żoną przewodnikami po katolickim Rzymie, więc dobrze znałem miasto i mogłem oprowadzić Wolfganga. Mieliśmy już nawet klucze. Wolfgang zawiązał tą ranę, miał nadzieję, że mi „przejdzie”. Nie udało mu się jednak do końca zatamować krwawienia i w końcu musiał zawieźć mnie na pogotowie. Jak lekarz mnie zobaczył, to powiedział, „Co pan z tego człowieka zrobił? Przecież on jest blady jak ściana!” Do tego stopnia się wykrwawiłem, że prawie mdlałem. Za tydzień mieliśmy wyjeżdżać, ale on był tak tym wszystkim wstrząśnięty, że się wyprowadził na dwa dni do Ingrid czy do którejś z kuzynek, żeby dojść do siebie. Mówił, że nie przeżyje tego, co mi zrobił. Jego matka przychodziła sprawdziċ, jak się czuję. Ja musiałem się czołgać do drzwi, żeby jej otworzyć, w ogóle nie byłem w stanie chodzić. Ten jego atak agresji był dziwny, przeczuwałem, że coś jest nie tak, bo nie było powodu, aby się aż tak na mnie wściekł. Z perspektywy czasu myślę, że to był pierwszy moment, kiedy okazało się, że Wolfgang miał depresję. On sam nie potrafił zrozumieć, co się z nim dzieje. Mówił, że czasami aż nie może oddychać, nie wiedzieliśmy, skąd to się bierze. Przecież nie żył w nędzy, odnosił sukcesy zawodowe. Dopiero później został zdiagnozowany. Przez długi czasu zmieniał lekarzy i psychiatrów, potem udało się to wyregulować, ale do końca życia brał leki.

Epizod hiszpański

Odbywaliśmy wspólne podróże. Miałem Volvo, którym jeździliśmy po Europie. Przez dłuższy czas mieszkaliśmy w Hiszpanii. Była nawet szansa, że zadomowimy się tam pomimo braku znajomości języka, że Wolfgang będzie miał tam pracę. Kiedy mieszkaliśmy w Polsce, poznaliśmy Palomę, córkę ambasadora Hiszpanii, na jakimś party w którejś ambasadzie. Paloma zachwyciła się Wolfgangiem, tym, że jesteśmy gejami, jej brat też był gejem. Zaczęliśmy się spotykać. Zrobiliśmy nawet, idioci, pakt krwi. To ona zaproponowała, aby każde z nas nadcięło sobie skórę i przelało krew na papier na dowód scalenia naszego związku. Wolfgangowi zaimponowało to, że Paloma pochodziła ze słynnej sześćsetletniej rodziny Albów od strony matki. Nie pamiętam, jak miał na nazwisko jej ojciec. Ona sama była narkomanką, miała trudności z funkcjonowaniem, z rozumieniem świata. Od dziecka jeździła za ojcem, który jako ambasador ciągle zmieniał kraje, więc ona co raz musiała uczyć się nowego języka. Jej ojciec dostawał przeważnie kraje komunistyczne: był ambasadorem w Jugosławii, Bułgarii, Węgrzech. Młoda dziewczyna nie wytrzymywała presji, nie skończyła żadnych studiów, ale finansowo była zabezpieczona. Poprzez ojca miała kontakty nie tylko w Madrycie, gdzie mieszkała jej rodzina, ale i w całej Hiszpanii. Któregoś dnia zaproponowała, „Przyjedźcie do mnie do Sanchorreja, znajdziemy Wolfgangowi pracę”. Więc Wolfgang pojechał na wywiad w pojedynkę, sprawdzić, czy rzeczywiście wszystko było tak, jak mówiła, czyli, czy ten dom istnieje i czy mogliśmy w nim zamieszkać. Wrócił zachwycony, na co ja spakowałem wszystko i wyjechaliśmy razem pociągiem. To był rok 1990.

 

Kilka lat wcześniej Paloma rozwiodła się z mężem muzykiem. Latem pomieszkiwała w Sanchorreja sama w nowoczesnej willi, w której była sala z fortepianem koncertowym i widownią na kilkanaście osób. Pół godziny piechotą od jej willi był średniowieczny dworek, z antycznymi meblami i z basenem. Odziedziczył go jej brat, który na stałe mieszkał w Madrycie, latem przyjeżdzał na krótko, pod jego nieobecność mogliśmy korzystać z jego basenu. Dom Palomy był we wsi, oddalonej o godzinę od Madrytu, z którego przyjeżdżali tam bogacze do swych letnich rezydencji. Wolfgang od razu wszedł w to środowisko. Był wielojęzyczny, znał francuski, angielski, niemiecki, do tego miał ułatwione wejście nie tylko jako architekt, lecz również jako gej, więc szybko poznał tamtejsze środowisko gejowskie. Plan zamieszkania w Sanchorreja pokrzyżował nam jednak brak samochodu. Paloma miała samochód, ale sama go używała. Do Sevilli, gdzie robiliśmy zakupy, było stamtąd kilkanaście kilometrów. Sama wioska była zaś tak prowincjonalna, że gdy telefonowałem z poczty, własnoręcznie musiałem wykręcać numer, bo urzędniczka nie znała cyfr. Do tego nie dało się porozumieć żadnym językiem, wszystko na migi. Paloma nas pocieszała i zachęcała do pozostania, ale coraz bardziej objawiały się u niej napady narkomanii i depresji. Była niesłowna. W pewnym momencie Wolfgang powiedział, że on nie będzie u niej mieszkał, że musimy znaleźć sobie inne mieszkanie. Mieliśmy tam do dyspozycji trzy stodoły. Paloma i jej brat zgodzili się na przepisanie na nas jednej z nich, na wpisanie nas w księgi wieczyste. Powoli zaczęliśmy ją remontować i przebudowywać. Wszystko niby grało. Z tą stodołą prawie się udało. Doprowadziliśmy ją do niezłego stanu i potrzebowaliśmy renowację kontynuować zimą, pomieszkując pod nieobecność Palomy w jej willi. No, ale to była rezydencja letnia. Przyszła zima, wioska opustoszała, wszyscy wyjechali do Madrytu. Wioska była położona w górach, śnieg walił tak, że byśmy się zarąbali odśnieżaniem drogi od willi do głównej drogi. Zostaliśmy tam więc sami, bez możliwości robienia zakupów. Nie dało się tam funkcjonować bez samochodu, a nie mieliśmy za co go kupić, bo nic nie zarabialiśmy. Paloma mówiła, że zostawi nam swój, jej brat też, ale oboje często zmieniali zdanie. Wolfgang w końcu postanowił, że wracamy do Wiednia.

 

W późniejszych latach ze dwa razy rozmawiałem z Palomą przez telefon. Ona mnie zapraszała, abym przyjechał. Mówiła, że jej babcia była we mnie zakochana. Nie dałem się namówić. W tym czasie rzeczywiście spędziłem dużo czasu z jej babcią. Musiałem się nią zajmować, kiedy Paloma z Wolfgangiem gdzieś jeździli i szaleli. Babcia mieszkała w tej samej kamienicy w Madrycie co Paloma, piętro wyżej. Grała dużo na pianinie. Świetnie znała literaturę i muzykę rosyjską, ja byłem zakochany w Dostojewskim, mieliśmy więc wspólne tematy. Porozumiewaliśmy się po rosyjsku, ona mówiła słabo, ale dużo rozumiała. Gdyby się wtedy udało zostać w Hiszpanii, Wolfgang natychmiast rzuciłby Wiedeń. Może i mógłby pracować jako architekt, ale w Madrycie, gdzie byśmy się nie utrzymali, podczas gdy w Sanchorreja mieliśmy mieszkanie za darmo. Dla porównania w Paryżu nie miał zawodowo szans, konkurencja była zbyt duża. Jego siostra mieszkała w Luksemburgu, potem na Filipinach, więc cały czas jej paryskie mieszkanie stało puste i ona cieszyła się nawet, kiedy myśmy tam pomieszkiwali. Wolfgangowi było też trochę wszystko jedno. Pasowała mu Hiszpania. Pasowało mu też Maroko, gdzie pojechał kilkakrotnie i mówił, że bardzo chciałby tam móc mieszkać i pracować. On był zafascynowany tamtejszą mentalnością i urodą mężczyzn. Takich też kochanków szukał w klubach.

Rozstanie

Żyliśmy razem w Wiedniu w mieszkaniu przy Hollandstrasse do momentu, kiedy, na jednym z wyjazdów do Grazu, Wolfgang poznał Michaela. Mieliśmy tam przyjaciółkę, u której on się któregoś razu zatrzymał na noc, bo było mu po drodze. My gdzieś właśnie mieliśmy wyjeżdżać. No i najpierw wspomniał mi, że poznał tam bardzo fajnego chłopaka, a na następny dzień oznajmił, że się zakochał. Miał ogromne wyrzuty sumienia, że nagle musi zdecydować, z kim chce być. Pamiętał, że wyemigrowałem z Polski dla niego, mimo że nieźle tam funkcjonowałem. Miałem co prawda problemy, bo byłem jedynym redaktorem naczelnym, który nie był zapisany do partii, do czego mnie chciano zmusić. Z tego powodu byłem niemile widziany na zebraniach partyjnych redaktorów naczelnych. Miałem też jako dziennikarz książeczkę mieszkaniową, ale mi ją zablokowali. Co zabawne, po moim wyjeździe dali mi srebrny krzyż zasługi, aby mnie ściągnąć do Polski. Odmówiłem. Po upadku komuny, kiedy już mogłem do Polski przyjeżdżać, miałem podwójne obywatelstwo, pojawiła się szansa na zrealizowanie książeczki mieszkaniowej. Dostałem przydział na mieszkanie własnościowe, miałem wybór: ulica Złota w Warszawie albo Zielonka. Wycofałem się, namówiony przez Wolfganga, który powiedział, „A po co ci to mieszkanie? Masz już dwa w Wiedniu i Hamburgu”.

 

Po związaniu się z Michaelem, Wolfgang poprosił matkę, abym mógł zamieszkać w mieszkaniu na tyłach Katedry św. Szczepana, które dostał od niej na własność. 52 metry kwadratowe. Wcześniej już zaczęliśmy z Wolfgangiem je remontować na przyszłość. Matka się zgodziła, zaoferowała nawet, że będzie płaciła czynsz, który i tak nie był duży. Miała w tym trochę i prywatny interes, bo opiekowałem się nią i ojcem Wolfganga, zwłaszcza kiedy Wolfgang miał wyjazdy terenowe. Ojciec Wolfganga zmarł niedługo później. Mieszkałem w tym mieszkaniu ponad rok, mogłem zostać dłużej, nikt mnie stamtąd nie wyrzucał, nie było presji ze strony rodziny. Byłem przez nich traktowany jak członek rodziny. Ingrid i Christian mówili, „Ten idiota, jak on może tak robić? Niech już nawet ma kochanka, ale niech cię nie wyrzuca z mieszkania!” Do tego mieszkanie przy Hollandstrasse należało do Ingrid, która płaciła czynsz, bo Wolfgang był zawsze chwiejny zarobkowo. Miałem też do dyspozycji pracownię, laboratorium fotograficzne. Ingrid zaproponowała mi, abym tymczasowo mieszkał w jej rezydencji, w tym zabytkowym młynie w Neusiedlersee, gdzie też się zatrzymałem. Miałem Volvo, byłem mobilny. Oni mieli do mnie ogromne zaufanie również dlatego, że, co cenili, psychicznie wytrzymywałem wyskoki Wolfganga. Ostatecznie zdecydowałem, że to nie ma sensu. W Hamburgu moje mieszkanie stało puste, podczas gdy w Wiedniu byłem na łasce matki Wolfganga, która opiekowała się mną „z litości”, skoro Wolfgang wyrzucił mnie z naszego mieszkania. Tak, podejrzewam, tę sytuację mogła interpretować jego cała rodzina. Wróciłem do Hamburga, bo czułem, że jestem w Wiedniu „z musu”, z ciągłą obecnością w tle Wolfganga i naszego dotychczasowego wspólnego środowiska. Hamburg potrzebny mi był dla niezależności. Mógłbym mieszkać w mieszkaniu Wolfganga do śmierci jego matki, on je ostatecznie sprzedał. W Hamburgu miałem jednak dobre kontakty. Akredytacja dziennikarska dała mi dużo swobody poruszania się. Miałem do tego zlecenia poza Hamburgiem. W Salzburgu zaproponowano mi pracę przy Sommerfestival, czego we Wiedniu wtedy jeszcze nie było. Poza kilkoma teatrami, jak Burgtheater czy Akademietheater, wszystkie inne funkcjonowały głównie z myślą o wycieczkach szkolnych. Spotkałem wtedy Ismaela Ivo, choreografa i tancerza, o którym wówczas w Hamburgu było głośno. Przeprowadziłem z nim nawet wywiad.

 

Nasze relacje po rozstaniu były różne. Początkowo po naszym rozstaniu, pewnie z poczucia winy, Wolfgang wolał nie mieć ze mną bezpośredniego kontaktu. Był przejęty tym, że mnie wyrzuca z mieszkania, ale nie chciał się do tego przyznać. Zawsze mówił, „Jestem, jaki jestem, dlaczego mam się czuć winny?” Łatwiej mu było uciąć albo zredukować relację z kimś, aniżeli przyznać się do tego, że coś zrobił nie tak. Miał też huśtawkę nastrojów. Raz mi mówił, „Kocham cię nad życie!”, a innym razem wyrzucał mi, że przecież nigdy nie był we mnie zakochany i że niepotrzebnie ściągnął mnie do Wiednia. Miał tak nie tylko w stosunku do mnie. Ludzie w jego życiu szybko przekonywali się, że trzeba albo od niego odejść albo brać go takim, jakim jest. Z tego powodu, między innymi, jego grono znajomych topniało wraz z upływem czasu. Czasami to Wolfgang coś zawalał, innym razem to ludzie się na niego obrażali o jakieś historie. Miałem kilkoro znajomych, którzy mi współczuli, bo wiedzieli, jak wygląda nasza relacja. Z kolei ja dobrze znałem jego charakter i potrafiłem mu wybaczać. Wiedząc to, po naszym rozstaniu to ja podejmowałem inicjatywę, aby utrzymywać z nim kontakt. W rezultacie Wolfgang czuł się na tyle komfortowo, aby kontynuować naszą znajomość. Michael miał ze mną grzecznościowe układy. Ja u nich czasami bywałem, widać było, że chłopak się bardzo u Wolfganga zadomowił. On był wtedy studentem. Urządził sobie tam akwarium. Przez to, że miał na nazwisko „Eder”, a Wolfgang „Reder”, to sobie wizytówkę na drzwiach zrobili ze scalonym nazwiskiem „REder”. I tak sobie żyli razem, dopóki Michael nie miał go dość. On nigdy mi się nie zwierzał, lecz raz wspomniał, że Wolfgang był nie do wytrzymania. No i też w międzyczasie poznał kogoś innego i odszedł.

Rodzina Wolfganga

W trakcie trwania naszego związku miałem relację z jego rodzicami. Regularnie robiłem im zakupy. Matka miała swoje lata, ojciec głównie leżał w łóżku, był obłożnie chory, bo miał polineuropatię, więc chodził o lasce. Sprawiało mu radość, kiedy woziłem go moim Volvo. On, jako snob, uwielbiał dwa razy w tygodniu jadać w restauracji. Był tam stałym klientem. Przychodził do restauracji, siadał do stołu i zamawiał, a ja funkcjonowałem jako jego kierowca. To niezmiernie irytowało matkę Wolfganga, która ciągle zwracała mężowi uwagę: „Jak ty na to możesz pozwalać?!” Nawet nie chodziło o to, że on celowo traktował mnie źle. Po prostu o mnie zapominał. A matka nalegała, abym zawsze siedział z nimi przy stole. Wolfgang nie znosił tych wszystkich wyjść do restauracji, ciągle protestował, że nie będzie ze „Starym” chodził na obiady. A do tego dochodziły jeszcze obowiązkowe obiady u rodziców raz w tygodniu, podczas których zawsze dochodziło do sprzeczek między ojcem a Wolfgangiem. W tle były pieniądze. Do tego jego ojciec czytał tylko „Kronen Zeitungi”, podczas gdy Christian był redaktorem „Falter”, a Wolfgang traktował ojca niemal jako faszystę. On nieustannie kłócił się z ojcem, ale jednocześnie bardzo go kochał, nienawidził tylko jego postawy. Bardzo emocjonalnie przeżył jego umieranie i śmierć. Płakał, nie mógł się uspokoić przez dwa dni. Przy matce tak nie było. Jego ojciec miał specyficzny charakter. Na przykład często tępił mnie za to, że nie mówiłem poprawnie po niemiecku. A z kolei jego matka, jak prawdziwa matka, zawsze mnie przytulała. Kiedy widziała, że kupiłem dla nich wino, którego ojciec by nie pił, to zapewniała mnie, żebym się nie martwił, że ona będzie ze mną piła to wino.

 

Ich matka pochodziła z bogatej rodziny węgierskiej, która miała w Budapeszcie olbrzymią kamienicę, ale zabrała ją komuna, nie mogli jej odzyskać. Christian był sekretarzem jakiegoś ministra, miał wejścia, ale się nie udało. Jako młoda dziewczyna, matka Wolfganga przeprowadziła się do Wiednia. Była bogata i piękna, więc z miejsca dostała pracę jako modelka, była na okładkach czasopism. Kiedy poznała ojca Wolfganga, ten był początkującym fabrykantem. Później miał fabrykę, która produkowała parkiety ze szlachetnego drewna dla bogatych rodzin, za co Christian go tępił, że wyniszcza lasy. Byli bardzo bogaci. Ojciec miał kochankę, której podarował willę pod Wiedniem. Matce Wolfganga dał z kolei luksus życia, dzięki któremu nie musiała nigdy pracować. Miała abonament do opery i jednego czy dwóch teatrów. Jej mąż nie cierpiał tam chodzić, więc zabierała ze sobą przyjaciółki, a czasami chodziłem z nią ja, bo miałem akredytację dziennikarza do kilku teatrów. Byłem zdumiony, że wszyscy ją rozpoznawali. Znałem dobrze ich wszystkich, również rodzinę Christiana i Ingrid. Byłem też dokładnie obeznany z tym ich „high society”. W przedpokoju w mieszkaniu rodziców stała skrzynia z ich skarbami: złoto, diamenty, biżuteria, dokumenty.  o zabawne, ja byłem jedyną osobą, która miała nad tym pieczę. Mieli do mnie zaufanie. Wiedzieli, że Wolfgang nic nie weźmie, a Christian nie potrzebował, bo sam był bogaty. Sam zresztą namawiał ojca, aby spieniężył biżuterię matki. Bracia długo nie mieli serdecznej relacji. Christian czuł się odpowiedzialny za Wolfganga, brata „wariata”, „wolnego ptaka”, jak go nazywał nawet w mowie pogrzebowej. Na przykład, gdy Ingrid urządzała przyjęcia, to zawsze go ustawiał, dyrygował, gdzie ma siedzieć. Dopiero na 50. urodziny Ingrid, gdzie ja byłem zatrudniony jako fotograf, Wolfgang i brat, obaj podpici, nawzajem się przepraszali. Później ich relacja była cieplejsza.

Relacje po rozstaniu

Po jakimś czasie po naszym rozstaniu Wolfgang zapytał mnie nieśmiało, czy nie mógłbym pod jego nieobecność zaopiekować się jego zwierzyńcem. Nikt z jego znajomych nie chciał się na ten czas wprowadzić do jego mieszkania, byli sami dochodzący, nikt też nie mieszkał w pobliżu. Niektórzy też nie sprawdzali się w opiece nad zwierzętami. Czasami, kiedy Wolfgang przyjeżdżał do domu, przy powierzchni wody pływały zdechłe rybki, bo ktoś zapomniał oczyścić akwarium. Swoją drogą, co ja przeszedłem z tym akwarium! Wolfgang zainstalował skomplikowany system natlenienia wody. Przy czyszczeniu jednego akwarium, trzeba były ryby przełożyć do drugiego, ale nie wszystkie razem, bo były takie jedne, które mogły pożreć drugie. No i weź, człowieku, zapamiętaj te wszystkie instrukcje, dawane na trzy godziny przed wyjazdem! Jak on wyjeżdżał na 2–3 tygodnie, to w mieszkaniu fruwały ptaszki, trzeba było je karmić. Mieszkanie strasznie nagrzane, nie można było otworzyć okna, aby one nie wyfrunęły. Człowiek się dusił w tym mieszkaniu. Albo pies nasikał czy się zesrał ze złości. No, ale to były fajne czasy.

 

Mimo naszego rozstania byłem z nim na bieżąco. Przyjeżdżałem do Wiednia przynajmniej raz w roku. Czasami zabierałem mojego partnera, obecnego czy tego poprzedniego, który był projektantem mody i zginął podczas pożaru kamienicy w Hamburgu. Czasami przyjeżdżała moja siostra, bo zdarzało się, że miałem do dyspozycji więcej niż jedno mieszkanie, kiedy Wolfgang wyjeżdżał z matką. Ale opieka nad jej mieszkaniem to był horror. Olbrzymia przestrzeń, 200 metrów kwadratowych, na dachu taras z ogrodem, gdzie trawa w ciągu lata ciągle wysychała, trzeba było ją podlewać oraz zajmować się mamy grządkami i kwiatami. Zwoziliśmy tam z Wolfgangiem każdego roku worki ziemi, bo deszcz i śnieg wypłukiwały glebę i trzeba ją było ciągle uzupełniać. To był piękny ogród, z widokiem na cały Wiedeń. Po śmierci matki, Wolfgang mógł przejąć to mieszkanie, był tam zameldowany na stałe. Zrezygnował, bo nie tylko musiałby płacić czynsz, który nie był bardzo wysoki, skoro to było mieszkanie własnościowe, lecz również wydać fortunę na jego utrzymanie i pielęgnowanie tarasu. Zresztą nie przepadał za tym mieszkaniem. Uwielbiał taras, ale samo mieszkanie było nieustawne. Przejściowe, trzy pokoje w rzędzie, długi korytarz, na końcu wejście do łazienki i do garderoby, długiej na kilkanaście metrów, ze wszystkimi futrami matki.

 

Wolfgangowi trochę ulżyło, kiedy zrozumiał, że nie utrzymuję kontaktów z nim i jego rodziną dla snobizmu czy dla wygodnego życia w Wiedniu. Miałem swoje życie w Hamburgu i dopiero, gdy sytuacja z Wolfgangiem zrobiła się poważna, jego przyjaciel Christian próbował ściągnąć mnie na stałe do Wiednia. Zależało mu, żebym mieszkał niedaleko, chciał mnie zabezpieczyć finansowo. Wiedział, że inni w życiu Wolfganga są tylko „z doskoku”. W późniejszych latach jego grono zrobiło się małe. Wolfgang stopniowo nabierał ochoty, aby znowu ze mną podróżować, ale nigdy do tego nie doszło, bo zawsze miał kogoś „do łóżka”, z kim wybierał podróże. Na przykład do Normandii, gdzie jego siostra i jej rodzina mieli domek przy plaży. Dla Wolfganga te wyjazdy z Wiednia były bardzo ważne. Miał do dyspozycji rezydencję siostry w Paryżu. Ona mu zawsze dawała swobodę, co i z kim będzie tam robił. Była wdzięczna, że jeździł na wakacje z matką, sama nie mogła do niej często przyjeżdżać. Miała trójkę dzieci, jej najmłodszy syn chodził wtedy do szkoły. Pamiętam, jak płakała mi kiedyś przez telefon, „Piotr, jakie to szczęście, że on cię zna. Ja bym zwariowała, gdybym miała się tym znerwicowanym Wolfgangiem opiekować”. Bardzo dobrze się rozumieli. Wspierała go finansowo, jej mąż zresztą bardzo dobrze zarabiał. Zawsze była dla niego, kiedy by nie zadzwonił, kiedy by nie chciał przyjechać. Bardzo mi dziękowała, że chciałem przeprowadzić się dla niego do Wiednia, a ja byłem zadowolony, kiedy umiałem mu pomóc. To było dla mnie ważne. Jej dzieci bardzo mnie lubiły. Na stypie po pogrzebie Wolfganga, usłyszałem od nich, że jestem „jedynym wujkiem”, który im pozostał. Oni wszyscy byli wobec mnie wylewni, bo widzieli, jak bardzo się angażowałem w pomoc Wolfgangowi, wcześniej jego rodzicom.

Ostatnie lata

Kontakty Wolfganga z Alisią na początku były trudne. Matka ją negatywnie nastawiła do nas i do jej śmierci te kontakty były sporadyczne. Wiedziałem, w jakiej biedzie Alisia mieszka z matką. Organizowałem z Christianem wysyłanie im paczek do Polski na Święta. Alisia długo się do mnie przekonywała. Nasze relacje stały się cieplejsze po pierwszej operacji Wolfganga. Ulżyło jej, że nie musi przyjeżdżać i się opiekować jego mieszkaniem. Wolfgang niby miał wielu znajomych, ale okazało się, że nikt nie chce siedzieć przy nim w szpitalu. On się tam bardzo nudził. Ja byłem przy nim non stop, do tego w domu czekał na mnie do oporządzania cały jego zwierzyniec. Alisia była szczęśliwa, gdy widziała, że jestem przy nim. Wolfgang długo nie miał pralki, więc chodziłem do pralni albo do piwnicy, gdzie obowiązywały zapisy, więc musiałem się dopasowywać. W późniejszych latach przebudował łazienkę: zlikwidował wannę, zainstalował prysznic i wstawił pralkę. Potem, kiedy Wolfgang dostał przydział z opieki społecznej, te wszystkie kobiety, co przychodziły pomagać w mieszkaniu, uciekały, jedna po drugiej, ze strachu i obrzydzenia, że trzeba było czyścić „te fiuty”, czyli tą słynną mozaikę w toalecie. Inna sprawa, że on miał swoje kaprysy. Jeśli, na przykład, chciał jakieś słodycze, to trzeba było kupić konkretne. Do tego potrzebował mieć kogoś zaufanego, kogo można było wysłać po pieniądze do bankomatu. Wiedział, że może mi nie tylko absolutnie zaufać, lecz również zadzwonić do mnie o każdej porze. A ja latałem do szpitala przy Johannes-von-Gott-Platz i spełniałem jego zachcianki. Czasami dzwonił wieczorem i mówił, „Mam majtki obesrane, czyste się skończyły, przynieś mi jakieś.” Musiałem je zostawiać na portierni, bo przecież oficjalnie nie byłem jego rodziną. Bardzo psychicznie dostałem w kość, gdy widziałem, jak bardzo on cierpi.

 

Zależało mi, by mieć bieżące informacje o stanie jego zdrowia. Potem, kiedy był bardziej chory, dzwonił do mnie nie po to, by się zwierzać i żalić, ale zapewniać mnie, że wszystko jest z nim w porządku. Opowiadał rzeczowo o tym, jak wyglądała sytuacja i mówił, „Nie ma wyjścia, muszę iść do przodu.” Przejmowałem się tym, że doprowadzał się do złego stanu, zwłaszcza, gdy miał HIV. Zanim zachorował, pracowaliśmy w wiedeńskim AIDS Hilfe. Wolfgang był w to bardzo zaangażowany, poświęcał tej pracy dużo czasu, zawalał inne terminy, żeby pomagać tym osobom. Kiedy zachorował, były już dostępne leki, lecz powodowały krwawienia, problemy z krzepliwością krwi. Wolfgang miał uważać, aby się nie zranić, ale ciągle to lekceważył. Jego problemy z nogą zaczęły się od momentu, kiedy po pijaku spadł z roweru. Najpierw jeden palec, potem drugi i ta rana powoli szła w górę nogi. On mi to wszystko relacjonował, widziałem, jak strasznie cierpiał. Gdy nieopatrznie dotknął gdzieś stopą, to aż krzyczał z bólu. To musiał być dla niego koszmar. Ostatecznie lekarze zdecydowali, że trzeba amputować stopę. Potem miał kolejne amputacje. Zawsze wtedy do niego przyjeżdżałem. Rezygnowałem z pracy w Hamburgu i siedziałem w Wiedniu. Po amputacji postanowił, że będzie funkcjonował z jedną nogą, że będzie prowadził samochód. Opowiadał mi o tym, jakie metody stosuje: stawiał lustro między nogi, aby ta amputowana noga mogła nauczyć się funkcjonować jak prawdziwa noga. Początki były trudne, miał problemy z robieniem zakupów. Ale parł do tego, żeby się usamodzielnić pomimo cierpienia i bólu. Podziwiałem go, że potrafi przezwyciężyć ten ból, że się nie poddał. Czasami się tylko skarżył. Wiedziałem, że cierpi, bo nie należał do osób, które lubią się skarżyć.

 

Kiedy zaczął chorować, miał coraz mniej energii. Zobojętniał. Zaczęło mu być wszystko jedno. Najbardziej psychicznie dobiło go to, że po ostatniej operacji wszyscy go pochowali za życia. Stało się tak, bo przez trzy godziny lekarze nie mogli go dobudzić. Nie wiedzieli, co się stało. Nagle okazało się, że doszło do poważnych zaburzeń krążenia krwi. Zadzwonili do jego brata z wiadomością, że jest z nim źle, że trzeba się liczyć z najgorszym. Sprowadzono Alisię. Doszło do prawie-stypy, rozmów o tym, co kto weźmie po jego śmierci. Nie wiem, kto mu o tym powiedział, ale załamało go to psychicznie. I wtedy na nowo zaczął szaleć. Pomimo kalectwa, ciągle przyjmował gości, urządzał party i pił tyle alkoholu, że przy lekach, które brał, doszło do pęknięcia wewnętrznej aorty. To było przyczyną jego śmierci. Trzy dni później miał wyjechać na wakacje z zaprzyjaźnionym księdzem. Był już spakowany do wyjazdu, bilety kupione. Ja miałem przyjechać i zająć się jego mieszkaniem. Gdyby mógł, to codziennie urządzałby imprezy. Potrzebował towarzystwa ludzi, choć sam się rzadko nudził. Kochał noc. Do samego końca nie chciał zrezygnować z nocnego życia.

Imprint & Privacy Policy

Dr. Rafał Morusiewicz, PhD
Institute for Art Theory and Cultural Studies
Academy of Fine Arts Vienna
1010 Vienna (AT)
PEEK | FWF AR 716

We do not track your visits to this website using cookies or any other method. If you contact us, we will save any contact details you provide so that we can reply to you. We will not share your contact details with anyone else.

The project is funded by:

and hosted by: