Wolfgang Reder, według Alicji Reder
Last edited on: March 3, 2026
Wczesne lata w Polsce
Życie mojego taty było niezmiernie ciekawe i, jak na tamte czasy, bardzo niestandardowe. Tata wychowywał się w Wiedniu, w zamożnej, mieszczańskiej rodzinie. Jego mama była Węgierką, elegancką panią, która nosiła piękne ubrania od najlepszych projektantów, kochała operę i mówiła kilkoma językami. Ojciec był austriackim przedsiębiorcą, „grubo ciosanym”, o prawicowych poglądach. Nigdy nie byli sobie zbyt bliscy z moim ojcem.
Tata mieszkał z rodzicami w willowej dzielnicy. Uczył się we francuskim liceum. Miał przyjaciół z zamożnych rodzin. Wyjeżdżał z rodzicami na wakacje do Włoch. Jeździł konno. Chodził na bale do wiedeńskiej opery. Miał piękne dziewczyny, sam był bardzo przystojny. Ale, od późnej młodości, świat zamożnego mieszczaństwa zaczął go męczyć. Szukał czegoś innego: wolności, fantazji, kolorów. I znalazł to w Polsce. Pod koniec studiów, a studiował w Niemczech architekturę, na początku lat siedemdziesiątych, może wcześniej, przyjechał na obóz jeździecki do Polski, gdzie poznał moją mamę. Mama mówiła po niemiecku i prowadziła zajęcia z jazdy konnej dla cudzoziemców, w tym dla grup studentów austriackich. No i tak zaczęła się szalona miłość moich rodziców. Mama była piękną rozwódką z 10-letnią córką, rolnikiem z wykształcenia. Tata był od niej szesnaście lat młodszy, nie mówił ani słowa po polsku i nie wiedział, jak wygląda życie w komunistycznym kraju. Pobrali się. Ślub trwał podobno tydzień, każdy dzień w innej stadninie… A potem wyjechali razem do Niemiec, do Akwizgranu (Aachen), gdzie tata skończył studia. Trzy lata później urodziłam się ja. Dla taty było to zaskoczenie, bo podobno mama twierdziła, że już nie może mieć dzieci.
Mama tęskniła za Polską i namówiła tatę do przeprowadzenia się na polską wieś. Tata opowiadał mi o szalonych eskapadach, kiedy woził do Polski flipery i je tutaj sprzedawał. W ten sposób zarobił na zakup malowniczego gospodarstwa nad jeziorem na Warmii. Tata zrobił projekt remontu mazurskiej stajni, mama ten remont przeprowadziła. Wkrótce zaczęli przyjeżdżać turyści z zagranicy, którzy trafiali do nich przez biuro podróży Orbis, w tamtych czasach jedyną agencję dla cudzoziemców. Tata pokochał życie na wsi: nauczył się doić krowy, hodował konie, kosił kosą trawę, zajmował się turystami. To nie były łatwe czasy, brakowało wtedy wielu podstawowych produktów. Czasami przeglądam taty listy z Polski do babci z tych czasów, gdzie pisze: „Mamo, u nas wszystko dobrze. Czy mogłabyś wysłać Krysi wygodne buty? Dla nas chciałbym zrobić przetwory, to może parę kilo cukru? A dla Alisi, bo ona ma słabe zęby, może pastę z fluorem?” Moi dziadkowie byli zszokowani decyzjami taty, jego wyprowadzką za żelazna kurtynę i jego nowym życiem. A on zakochał się w Polsce, w życiu na wsi, w kulturze ludowej, w otwartości ludzi i w barwnym życiu, jakie tu prowadził.
Lata 70. na polskiej wsi
Ludzie uwielbiali tatę, byli pod dużym wrażeniem jego wiedzy, zainteresowań i kultury osobistej. Był oryginalnym zjawiskiem, kolorowym ptakiem. Tata miał charyzmę, był niezwykle towarzyski. Miał też talent do języków, mówił po francusku, angielsku, niemiecku, no i nauczył się mowić świetnie po polsku, co w przypadku cudzoziemców było rzadkością. Nie miał jednak karty stałego pobytu, przez co musiał co 3 miesiące podróżować między Austrią a Polską. Podejrzenie u władz komunistycznych budziły taty szerokie kontakty z cudzoziemcami w Polsce, w tym z dziennikarzami i pracownikami ambasad. W pewnym momencie rodzice zaczęli być regularnie wzywani na przesłuchania do UB, no i w końcu otrzymali ultimatum, że albo będą cały czas nękani przez służby, albo sprzedadzą gospodarstwo, przeprowadzą się gdzieś indziej i będą mieli spokój. Jak się później okazało, jeden z lokalnych prominentów miał chrapkę na nasze gospodarstwo. Ostatecznie rodzice zdecydowali się sprzedać gospodarstwo i przenieść na Podlasie, biedny rejon w Polsce wschodniej. Kupili tam duże gospodarstwo, z drewnianym ponad stuletnim domem, dużą stajnią, spichlerzem i stodołą. Tata zrobił projekt przebudowy domu, przerobił też spichlerz na dom z pokojami dla turystów.
Tata uwielbiał urządzać wnętrza. Wystrój naszego domu był, jak na tamte czasy, bardzo oryginalny. Na przykład tata zbudował samodzielnie kominek z gliny, wyburzył ściany kilku pomieszczeń i stworzył jeden 80-metrowy salon z dużą liczbą obrazów i oryginalnych mebli. Po 2–3 latach mieszkania z mamą w nowym gospodarstwie, tuż przed wybuchem stanu wojennego, tata poznał swego przyszłego partnera, dziennikarza Piotra Gladosa, z którym ostatecznie przeprowadził się do Warszawy. Myślę, że Piotr pomógł tacie odkryć jego prawdziwą orientację seksualną, choć są to tylko moje domysły, bo niewiele wiem o tym okresie jego życia. Ja zostałam na Podlasiu z mamą, dla której fakt, że tata jest gejem, był wielkim ciosem. Pamiętajmy, że wtedy w Polsce bycie gejem było czymś niespotykanym, wstydliwym, nieznanym.
Nie wiem, czy gdyby tata nie poznał Piotra, to rodzice byliby dłużej razem. Bardzo różnili się od siebie. Mama nie lubiła opery. Tata, tak jak jego mama i babcia, operę kochał. Później, kiedy mieszkał już w Wiedniu, nie było chwili, aby w jego mieszkaniu nie było muzyki, zwykle klasycznej lub operowej. Mama studiowała rolnictwo, lubiła wcześniej wstawać, była przeciwieństwem taty pod tym względem. Dla taty życie na wsi stało się po jakimś czasie zbyt dużym wyzwaniem: ciągłe awarie, a to koń miał kolkę, a to pękła rura, a to straszne mrozy, a to nie było siana, ciągle coś. Mama jakoś w tym wytrwała, a dla taty to chyba było za dużo.
Lata 80. w Warszawie
Po rozstaniu rodziców tata przez kilka lat mieszkał w Warszawie, najdłużej na Pradze. Była to dzielnica bardzo zniszczona, z obdrapanymi przedwojennymi kamienicami, ciemnymi podwórkami, lokalnymi pijaczkami przesiadującymi w bramach, ale też z pewnymi tradycjami i klimatem. Tata lubił te okolice i czuł się tam dobrze.
Tata zajmował się zawodowo różnymi rzeczami. Przez krótki czas był impresariem w orkiestrze kameralnej. Pracował dorywczo jako tłumacz, tłumaczył książki z polskiego na niemiecki. Zasób słów miał niewiarygodny, nawet potem, gdy mieszkał w Wiedniu i rozmawiał po polsku już tylko ze mną, to nadal mówił fantastycznie. Może tylko czasem robił jakiś drobny błąd gramatyczny.
W Warszawie ojciec pracował najdłużej dla niemieckiego dziennikarza, Ludwiga Zimmerera, który miał dużą kolekcję sztuki nieprofesjonalnej. Praca taty polegała na tym, że jeździł po Polsce i skupował dzieła sztuki od artystów nieprofesjonalnych. Umiał z nimi rozmawiać, nawiązywać relacje. Pamiętam, na przykład, jego opowieść o rzeźbiarzu, który od czasu wojny cały czas się bał, że mu obetną głowę, więc rzeźbił głowy, które zakopywał w różnych miejscach na terenie swojego gospodarstwa. Tata potrafił budować z nimi relacje, oni byli zazwyczaj bardzo prostymi ludźmi, czasami chorymi psychicznie i mającymi traumatyczne przeżycia z czasów II wojny światowej. Ludwik Zimmerer miał fundusze, aby finansowo pomagać tym artystom, aby kupować im rzeczy, których potrzebowali. Część z nich nie chciała nic sprzedawać, rzeźbili z potrzeby, „serca”, a nie dla zysku, więc, aby z nimi współpracować, trzeba było najpierw zbudować z nimi relację. A to mój tata potrafił bardzo dobrze. To była niezwykła praca. Tata wzbogacał kolekcję Zimmerera, ale też organizował wystawy i je dokumentował. Byłam kilka razy w domu, w którym mieściła się kolekcja, w pięknej willi na Saskiej Kępie w Warszawie. Obrazy były tam dosłownie wszędzie, od sufitu do podłogi, na wszystkich ścianach i drzwiach, zaś na wszystkich półkach czy meblach stały rzeźby, rzeźbki, drewniane posążki. Pamiętam drzwi w piwnicy, składające się z trzech par drzwi jedna na drugiej, otwierane jak rodzaj tryptyku, a po każdej stronie każdych drzwi wisiały duże płaskorzeźby. Niestety, po kilku latach pracy taty w kolekcji, Ludwig Zimmerer miał wylew i galeria praktycznie przestała istnieć, przeszła na którąś z jego żon, a tata tam przestał pracować. Zawsze wspominał Ludwika, jako swojego mentora, którego bardzo cenił i szanował.
Zainteresowania artystyczne
Sztuka była wokół taty zawsze, w formie muzyki, obrazów, rzeźb, teatru, książek, albumów. Miał je zawsze w swoich mieszkaniach wokół siebie, i w Polsce i w Austrii.
Tata był zafascynowany figurą Chrystusa w sztuce. Sam próbował go rzeźbić kilka razy, miał jego figurki w różnych formatach i formach. W Warszawie chadzał regularnie do Cepelii na Starym Mieście, gdzie znały go wszystkie sprzedające tam panie. Jak byliśmy tam podczas jego ostatniego przyjazdu do Polski, to znalazł „Chrystusa” wyrzeźbionego przez Romana Śledzia, artystę znanego tacie z czasów pracy u Ludwika. Był bardzo szczęśliwy, że mógł tę figurkę kupić w Cepelii. Interesował go przede wszystkim Chrystus niefrasobliwy, cierpiący, było dużo jego figur w nieprofesjonalnej sztuce polskiej, która często miała elementy religijne, ale bez takiego pobożnego zadęcia. Tata nie tylko kupował figurki Chrystusa, ale znajdował je też na cmentarzach, gdy leżały porzucone na zniszczonych grobach. Może ta fascynacja była związana z cierpieniem i śmiercią. W rzeczach, które tworzył, w kolażach czy strojach, które szył na live-ball’e, często pojawiały się motywy śmierci. Choć tata był przeciwnikiem kościoła instytucjonalnego, pod koniec życia dużo rozmawiał o Bogu, no i to nie było takie oczywiste, czy na pewno tata w tego Boga nie wierzył.
Tata mieszkał w Polsce do 1986 roku, kiedy to nagle dostał nakaz opuszczenia kraju. Przy wyjeździe mógł ze sobą zabrać tylko to, na co władze mu pozwoliły. Miałam nawet od niego listę z wykazem książek, ręczników i innych rzeczy, które mógł zabrać. Miałam 12 lat, gdy musieliśmy się pożegnać i nie wiedzieliśmy, kiedy się znowu zobaczymy. Tata nie mógł wrócić do Polski, ja nie miałam paszportu ani zgody mamy na odwiedziny u taty. Nie wiem do tej pory, dlaczego właścwie tata musiał opuścić Polskę. Odkryłam niedawno, że w archiwum byłego UB w Siedlcach są akta z jego kilkuletniej obserwacji. Tata miał znajomych z Solidarności, zawsze mówił o wolności i demokracji, co na pewno się nie podobało ówczesnym władzom. Konkretny powód jego wydalenia nigdy nie został mi podany, może znajdę go w tych aktach.
Powrót do Wiednia
Nowy początek życia taty w Austrii był trudny. Wyjechał tam z Piotrem, który trafił jako cudzoziemiec do obozu przejściowego, no a tata wrócił do swojej rodziny, do tego całego burżuazyjnego otoczenia, którego na wiele lat się wyrzekł. Próbował się na nowo odnaleźć w zawodzie architekta. Pracował głównie dla znanego austriackiego architekta Hermanna Czecha. Zbudował szkołę, zrobił remont okien w operze wiedeńskiej, koordynował remont jednego z zabytkowych kościołów, potem zaprojektował księgarnię. Ale praca w biurze projektów go męczyła i stresowała. Praca w zawodzie, po długiej przerwie, wymagała obsługi komputera, a tata nie był w stanie nauczyć się obsługi nowych programów. I na pewno w podjęciu nowych wyzwań nie pomagała tacie depresja, z którą walczył przez wiele lat. Po jakimś czasie tata zrezygnował z pracy, żył z zasiłku dla bezrobotnych, który wraz z odziedziczonym spadkiem po rodzicach, starczał na jego potrzeby. Przez długi czas tata był zaangażowany w pomoc chorym na AIDS. Robił też drobne projekty architektoniczne.
To był też czas rozkwitu jego życia gejowskiego. Tata chadzał do klubów, robił przyjęcia w domu, miał mnóstwo nowych znajomych. Co roku wyprawiał swoje urodziny 17. sierpnia i każdego roku wysyłał specjalne zaprojektowane zaproszenie do swoich gości, w formie kolażu. To były małe dzieła sztuki. Jego przyjęcia urodzinowe były sławne w wiedeńskim towarzystwie gejowskim. Babcia, jego mama, też czasami przychodziła na te imprezy. Babcia była z pochodzenia Węgierką, która jako bardzo młoda dziewczyna wyszła za mąż za prawicowego austriackiego biznesmena. Babcia żyła w konwenansach dawnych lat, nigdy się z nich nie wyzwoliła, no ale tak jak z jednej strony był jej praworządny mąż i Kronen Zeitung, tak z drugiej towarzyszyła jej ta estetyka gejowska, która jej się podobała. Babcia nigdy nie pracowała, nie skończyła studiów, bo to były takie czasy: to mąż zarabiał, to on miał firmę. Dla niej niezwykle ważna była elegancja, piękne stroje, czytanie Vogue’a i słuchanie opery. Tata czasami zabierał swoich kolegów do pięknego mieszkania babci w centrum Wiednia i urządzał u babci towarzyskie spotkania. Babcia się zgadzała, aby przyjaciele taty przymierzali jej futra, kapelusiki, buty na obcasie w których ona, jako starsza pani, już wtedy nie chodziła. Tata miał wielki sentyment do swojej mamy, mieli dużo wspólnego, podobną wrażliwość. Opiekował się nią do końca jej życia. Co roku jeździł z nią do Paryża, gdzie mieszka jego siostra, albo na wyspę, gdzie nasza rodzina miała domek letniskowy. Tata chodził z babcią w Paryżu do modnych designerskich sklepów, gdzie oglądali najnowsze kolekcje mody, ale niczego nie kupowali. Pamiętam nawet jeden raz, kiedy, jako młoda dziewczyna, byłam z nimi w Paryżu i wstydziłam się, bo tata tak po prostu wchodził do tych eleganckich sklepów, oglądał ubrania przymierzał, a ja myślałam, że to taki wstyd, bo przecież my i tak tam nic nie kupimy.
Kolaże
W późniejszych latach tata pokochał Photoshop. Co zabawne, tak jak nie umiał, czy nie chciał wcześniej projektować na komputerze, tak praca z komputerem stała się jego pasją w życiu codziennym. Robił kolaże w Photoshopie, zbierał zdjęcia pornograficzne i zdjęcia dzieł sztuki, katalogował je wszystkie. To była jego forma relaksu, może uspokojenia się. Zwykle, kiedy przyjeżdżałam do taty i przez parę dni mieszkałam z nim, to widziałam, jak po śniadaniu siadał z kawą i segregował kolejną porcję zdjęć. Wcześniej męska pornografia kojarzyła mi się z tym, że ktoś z wypiekami na twarzy, „pod kołdrą” ogląda gazety z nagimi mężczyznami, no a on układał zdjęcia nagich chłopców w katalogach tak, jakby układał koraliki do różnych pudełek.
Tata bardzo lubił robić kolaże, które miały niepowtarzalny styl. Często powstawały na bazie znanego obrazu, któremu tata dodawał w Photoshopie nowe elementy. Uwielbiał prezentować kolaże na różne okazje rodzinie i przyjaciołom. Moja babcia dostała pewnego razu kolaż, z nią w centrum, w pięknej sukni balowej, otoczonej wianuszkiem aniołków i gołych chłopców.
Był też czas, niedługo po opuszczeniu Polski, kiedy tata podróżował po świecie. Mam całą kolekcję pocztówek od niego, z różnych miejsc. Te kartki nigdy nie były przypadkowe, zawsze były ładne, estetyczne, często związane ze sztuką. Jego pasją były też zdjęcia, miał pełno albumów własnych zdjęć. Miał też dużo w domu albumów ze sztuką. Kupował je, kiedy chodził na wystawy. Nie lubił za bardzo sztuki nowoczesnej, zresztą to widać po jego kolażach, które nawiązują do klasycznego malarstwa. Ostatnia wystawa, na której był, to chyba taka duża wystawa Velasqueza w Kunsthistorisches Museum. Tata był na wózku, weszliśmy tylnym wejściem dla inwalidów. Był bardzo zadowolony, bo to był jeden z malarzy, których bardzo lubił.
Kostiumy, materiały, meble
Tata chodził co roku na Live-Balle. Szył na nie piękne stroje, często pełne przebrania z nakryciem głowy i dodatkowymi rekwizytami. Zaczynał przygotowania co najmniej dwa miesiące wcześniej. Szycie było jego pasją. Umiał to robić. Lubił chodzić do dobrych sklepów z materiałami. Nie był zamożny, więc kupował resztki drogich materiałów albo materiały ubiciowe i robił z nich stroje, które były często dwustronne albo miały wszyte fragmenty rozmaitych materiałów. Jego kostiumy były zazwyczaj niedokończone: nie wszystko było przyszyte, gdzieś wystawały pojedyncze nitki, ale zawsze wyglądały niezwykle ciekawie i intrygująco. To były często skomplikowane kroje, jak na przykład trzyrzędowy garnitur, składający się z marynarki, kamizelki i spodni. Pamiętam też jeden piękny barokowy kostium, z pumpiastymi spodniami, cały uszyty z folii bąbelkowej. Tata szył dużo, ale głównie dla siebie. Mówił, że nie ma sensu szyć rzeczy na sprzedaż, bo tyle czasu nad tym spędzał, że nie wiadomo, jak dużo pieniędzy taki strój musiałby kosztować. Był bardzo dumny, gdy mógł się ubrać w coś, co sam zrobił. Choć nie zależało mu na tym, aby jego rzeczy były pokazywane publiczne, to cieszyło go, gdy inni mogli oglądać jego prace. Taty kolaże zostały wydrukowane w ogromnych rozmiarach i powieszone na ścianach sali balowej podczas jednego z Live-Balli w wiedeńskim ratuszu. Jaki tata był wtedy dumny z tych gigantycznych wydruków jego prac!
Tata był niezwykle przystojnym i wrażliwym mężczyzną. Bardzo lubię to jego zdjęcie. To był jego fotel. Zawsze palił papierosy i strasznie oburzał się, gdy wprowadzono po kolei te wszystkie zakazy palenia. Na drzwiach wejściowych do swojego mieszkania miał zdjęcia różnych artystów palących papierosy i napis, „Tu zawsze możesz palić”. Lubił też słońce, zawsze był opalony, jeździł nad Lobau, gdzie się opalał nago. Opalał się też na balkonie. Tak jak się lubił przebierać na imprezy, to na co dzień ubierał się neutralnie: nie był ani za bardzo męski, ani niemęski. Czasem ubierał się na czarno, ale często nosił kolory i wzory, odważne, z motywami zwierzęcymi. Bardzo też lubił stroje ludowe. Był czas, kiedy nosił piękne koszule z haftami. Umiał też robić na drutach. W Polsce, kiedy miał owczarki podhalańskie, to pewnego razu uzbierał ich sierść w większej ilości i oddał do uprzędzenia. Choć nie starczyło na cały sweter, to pół swetra było z psiej sierści, a drugie pół z wełny owczej. Bardzo też lubił tkaniny, miał ich mnóstwo w mieszkaniu, na ścianach, na meblach. Jak mieszkał w Polsce, to zbierał chusty śląskie. Jeździł, na przykład, na Koło w Warszawie. To taki targ ze starociami z długoletnią tradycją. Miał tam zaprzyjaźnionych sprzedawców, od których kupował chusty śląskie. Niestety większość z nich zjadły już mole. Potem w Wiedniu, jak miał okazję, to kupował materiały nie tylko do szycia, ale też do pokrycia kanap czy do powieszenia na ścianie. Lubił się otaczać ładnymi rzeczami, mimo że miał niewiele pieniędzy i zawsze żył bardzo skromnie. Wolał kupić rzadko, ale coś ładnego, zbierając przez dłuższy czas pieniądze na wazę, wazon czy szklanki. Był wielkim estetą, a jego mieszkanie w Wiedniu miało niepowtarzalny charakter. Miał, na przykład, oryginalną metalową lampę z Filmcasino, którą przygarnął po remoncie kina. Miał też wielki dwupiętrowy kryształowy żyrandol z Murano, który wisiał kiedyś w willi moich dziadków. No i ta legendarna ubikacja, w której na wszystkich ścianach i suficie była wielka mozaika z setek zdjęć nagich mężczyzn. To było dzieło sztuki. Trudno się było w tej toalecie skupić, bo też było tam co oglądać.
Psy, rośliny, mieszkanie
Jego miłością były też psy, które towarzyszyły mu przez całe życie. W podróż poślubną z mamą pojechał garbusem do Afryki Północnej z dwoma psami, w tym z owczarkiem podhalańskim. Rodzice hodowali je w Polsce. Innym razem tata dostał od swojej siostry wilczarza irlandzkiego, gigantycznego psa, potem miał je dwa, potem były kolejne szczeniaki. W Wiedniu zaczęła się u taty era buldożków francuskich: najpierw była „Mimi”, potem „Mimi II”, potem „Everett”. Tata był rozpoznawalną postacią w okolicy, straszy pan, szczupły, oryginalnie ubrany, z protezą zamiast jednej nogi i z dwoma buldożkami na smyczy. Oprócz psów miał też koty, różne dziwne ryby, przez pewien czas też ptaszki, które wielokrotnie uciekały z klatki. Do tych ptaków miał przepiękną trzypoziomową klatkę ze zdejmowaną „czapą”, którą znalazł w sklepie z chińskimi meblami.
I jeszcze kwiaty, jego kolejna pasja. Kwiaty cięte, bukiety w wazonie, kwiaty doniczkowe, też kwiaty sztuczne Jego mieszkanie przez lata miało balkon, który po zmianie fasady budynku został zabudowany. Dopóki był to otwarty balkon, to idąc od strony kanału i patrząc w stronę Hollandstrasse, widać było od razu, które to było jego mieszkanie. Taty balkon był jedną wielką zieloną plamą tryskającą roślinnością. Tata uwielbiał ten balkon, rano i wieczorem pielęgnował rośliny, podlewał je, przesadzał. Miał też dużo roślin w domu. Jego kompozycja kilku donic z małą sadzawką i fontanną wzbudzała zawsze mój podziw.
W 2007 r. tata dostał pieniądze ze sprzedaży mieszkania rodziców i zrobił wielki remont, totalną przebudowę swojego mieszkania. Wyburzył część ścian, zrobił nową zabudowę w kuchni. Bardzo był dumny z efektów swojej pracy. W pewnym momencie, pod koniec swojego życia, tata stwierdził, że ma za dużo rzeczy i zaczął robić porządki. Byłam zdziwiona, jak dobrze przygotował się do swojego odejścia. Zrobił inwentaryzację mieszkania, stworzył katalog ze zdjęciami pomieszczeń i wszystkich przedmiotów, które oznaczył numerami i opisał informacjami, co skąd pochodzi, co za ile kupił, jaki artysta to zrobił.
Przyjaciele
Jeszcze w Polsce, w czasach komunizmu, taty dom zawsze był pełen znajomych. Miał tam wspaniałe grono przyjaciół, których bardzo kochał. Kiedyś też ludzie w Polsce żyli inaczej, bliżej siebie. Wpadali do siebie bez zapowiedzi, a jak już przyszli, to zazwyczaj siedzieli do rana. Później, gdy tata przyjechał z wizytą do Polski, nie pamiętam kiedy dokładnie, ale chyba po 2000 r., to już nie odnalazł tego świata. Spośród jego najbliższych przyjaciół pozostała garstka, a reszta albo gdzieś pędziła, albo chowała wnuki. Inna sprawa, że jeśli chodzi o relacje towarzyskie, tata był trudnym partnerem. Był bardzo sympatyczny, ale zawsze zależało mu na prawdziwych i głębokich relacjach. Nie interesowało go to, aby się spotkać i rozmawiać o pogodzie. Chciał prowadzić dogłębne rozmowy o życiu, o tym, co nas boli, o tym, co kochamy, a czego nie. Nie lubił powierzchowności. Miał bardzo osobistą relację do wszystkich, również do zwierząt i do dzieci, które traktował dorośle. Ja od najmłodszych lat czułam się przez niego traktowana poważnie. Pamiętam, jak, jako dziecko, byłam zafascynowana tym, że przyjeżdżał z Warszawy i mi opowiadał ze szczegółami, przez godzinę, na jakim był filmie w kinie. Potem w naszych relacjach było trochę trudniej. Jak się u mnie pojawiły dzieci, to się okazało, że tata jednak by chciał utrzymywać relację głównie ze mną, no i te dzieci trochę mu w tym przeszkadzały. Myślałam, że będzie wspaniałym dziadkiem, no ale tak do końca nim nie był.
W ostatnich latach, być może z powodu kłopotów zdrowotnych i bólu jako odczuwał, zrobił się bardziej wymagający co do przyjaciół. Jeśli ktoś ze znajomych nie utrzymywał z nim wystarczająco pogłębionej relacji, to tata mu to wprost wypominał, no i na tym tle powstawały konflikty. Pod koniec życia tata był, moim zdaniem, samotny. Jego wiedeńskie grono coraz bardziej się kurczyło. Miał kilku przyjaciół, z którymi był blisko, ale skończyły się częste spotkania towarzyskie, bale przebierańców, rozmowy przy winie do świtu. Taty przyjaciele byli od niego młodsi, ale oni też się postarzeli, rozpadały się związki, podobnie jak grupa otaczająca tatę. A też i tata po amputacji nogi często czuł się gorzej i miał mniej energii. Do tego miał depresję, z którą nauczył się co prawda żyć, po jakimś czasie już bez leków, ale smutek mu często towarzyszył. Też sama starość jest smutna i trzeba mieć niezwykłą radość wewnętrzną, by znosić ją z uśmiechem. Myślę, że tacie energii dodawali ludzie, a w ostatnich latach było ich wokół niego coraz mniej. Miewał przelotne romanse, ale nie było tak, aby kogoś bardzo potrzebował. Raczej miał w domu swoje królestwo, gdzie partner drażniłby go na dłuższą metę. Ważne były dla niego rytuały dnia codziennego. Zawsze był „nocnym markiem”, nie lubił wcześnie wstawać, rano rozkręcał się powoli. Jadł śniadanie, szedł na spacer z psami, potem trochę klikał na komputerze, a w południe pił cappuccino i kieliszek Gurktalera. Popołudniami lubił robić kolaże czy też układać zdjęcia, jednocześnie oglądając filmy przyrodnicze.
Ostatnie lata
Te ostatnie lata taty chyba nie były szczęśliwe. Mocno się wyciszył, nie chciał już robić wielkich podróży, żył tym, co było wokół niego, w wąskim gronie najbliższych mu osób. Miał problemy z naczyniami krwionośnymi, cierpiał na zwężenie tętnic i niedokrwienie kończyn dolnych. W 2003 r. stracił jedną nogę. Początkowo było mu trudno, ale świetnie sobie poradził w tej sytuacji. Tuż po operacji trochę jeździł na wózku, ale wkrótce doszedł do siebie i sprawnie chodził z tą sztuczną nogą podpierając się laską. Miałam wrażenie, że całkiem chętnie pokazywał swoją protezę, która nie udawała prawdziwej kończyny. Była metalową rurką z ukształtowaną na końcu stopą. Trochę to było u taty na zasadzie pokazania, że „Patrzcie, jestem trochę inny, ale sobie radzę.”
Wspaniale się z nim rozmawiało. Miał poczucie humoru. Z jednej strony rozmowy z nim były poważne, był mocno krytyczny, ale potrafił też mówić o rzeczach z dowcipną ironią. Był erudytą, znał się na sztuce i kulturze, był oczytany. W ostatnich latach czytał mniej, oglądał za to dużo telewizji. Był bardzo dobrze zorientowany w tym, co się dzieje na świecie. Oglądał też dużo programów przyrodniczych. To go cieszyło i uspokajało. Czasem mi wysyłał filmiki czy zdjęcia ze zwierzętami. Uwielbiał małpy człekokształtne, więc miałam od niego sporo pocztówek z orangutanami czy gorylami. Uwielbiał też żyrafy.
Chociaż tata umarł już 8 lat temu, w 2017 roku, nadal za nim bardzo tęsknię. Najbardziej za rozmowami z nim, bo był uważnym słuchaczem, wrażliwym, mądrym, błyskotliwym i zabawnym. Tak chciałabym móc jeszcze raz do niego zadzwonić i porozmawiać…